Nie krzyknęłam, chociaż miałam na to wielką
ochotę. Bałam się, że kiedy to zrobię, Jack zaalarmowany moimi wrzaskami
wybiegnie z kajuty i ostatecznie się udusi. Milczałam więc, zagryzając mocno
wargi i hipnotycznie wpatrując się w małpę przede mną, która właśnie rozłożyła
swoje skórzaste skrzydła i postąpiła kolejny krok w moją stronę.
Rozejrzałam się dookoła, ale chociaż duszący dym utrudniał widoczność, i tak nie znalazłam drogi ucieczki. Znajdowałam się
na górnym pokładzie, ze wszystkich stron otoczonym balustradą, z którego tylko
schody prowadziły na dół, na główny pokład. Drogę do tych schodów zaś
zastawiała mi latająca małpa, która z jakiegoś powodu nie zrobiła jeszcze
żadnego gwałtownego ruchu w moją stronę. Po prostu stała tam i przyglądała mi
się, zbliżając się powoli, o krok co chwilę.
Nie miałam przy sobie nic. Żadnej broni, tylko
moje pięści i kopniaki, a wątpiłam, żeby to wystarczyło w starciu z latającą
małpą. Spięłam się automatycznie, jednak atak nie nastąpił; małpa nadal
wpatrywała się we mnie, a jej czerwone oczy przyprawiały mnie o ciarki.
Kiedy zrobiła kolejny krok do przodu, odsłoniła
schody i pomyślałam, że może jednak uda mi się koło niej przedrzeć. W końcu w
danej chwili najważniejsze było wygaszenie płonącego na pokładzie ogniska!
Nie zastanawiałam się ani chwili, bo gdybym się
zastanawiała, nie zrobiłabym tego kroku nigdy w życiu. Wyminęłam małpę i
rzuciłam się na schody, jednak w tej samej chwili rozległ się jej skrzek, po
czym zwierzę złapało mnie i rzuciło do tyłu, aż straciłam równowagę i
wylądowałam na górnym pokładzie na plecach.
Nie wytrzymałam i w końcu krzyknęłam. Odwróciłam
się przodem do małpy, która właśnie leciała prosto na mnie, po czym w ułamku
sekundy postanowiłam postąpić z nią jak z każdym moim przeciwnikiem w judo –
sprowadzić do parteru i zastosować dźwignię albo ją poddusić. W tym dymie to
nie powinno być trudne.
Kiedy jednak wystosowałam w jej stronę pierwszy
cios, jeszcze z poziomu parteru, uznałam, że to jednak nie będzie takie proste.
Małpa była bardzo silna i przy pierwszej okazji zdzieliła mnie swoim skórzastym
skrzydłem, aż poleciałam pod samą balustradę. Jack jednak albo był za słaby,
albo w ogóle stracił przytomność, bo nie wybiegł nawet wtedy, gdy z całej siły
walnęłam o balustradę, aż poczułam ostry ból w klatce piersiowej – miałam tylko
nadzieję, że to nie były złamane żebra – i nadal byłam sam na sam z małpą,
która najwyraźniej postanowiła ze mną wreszcie skończyć.
Spojrzałam przez balustradę i zastygłam. Poprzez
rzednącą powoli chmurę dymu dostrzegłam przewijającą się w dole rzekę. Woda
musiała być głęboka i ciągnęła się daleko, a brzeg rzeki ginął gdzieś w chmurze
dymu. Przypomniałam sobie wtedy, co kiedyś powiedział mi Noah.
Małpy bały się wody.
Zrobiłam pierwszą rzecz, która przyszła mi do
głowy, nie zastanawiając się, czy to było sensowne. Trudno, marynarze musieli
sobie sami poradzić z ogniem na statku; ja musiałam ratować życie, to był w
tamtej chwili mój priorytet. Dlatego bez wahania, zanim małpa zdążyła mnie
pochwycić, przeskoczyłam przez balustradę, a po chwili lotu uderzyłam w taflę
wody z impetem, który wycisnął mi powietrze z płuc.
Woda w rzece była zimna i bardzo mętna.
Odruchowo zanurkowałam i otworzyłam oczy, po czym kilkoma szybkimi ruchami
ramion wydobyłam się na powierzchnię. Gwałtownie zaczerpnęłam powietrza,
unosząc się z trudem na powierzchni, bo nie ułatwiały mi tego buty i kurtka,
które na sobie miałam. Prąd znosił mnie powoli na południe, w ślad za statkiem,
który właśnie opuściłam.
Bok statku znajdował się tuż obok, wręcz za
blisko, odruchowo odpłynęłam więc kawałek, bojąc się, że w końcu w niego
uderzę. Raz jeszcze odetchnęłam głęboko, próbując pozbyć się z płuc resztek
dymu, bo na dole, przy wodzie, powietrze było czyste, po czym rozejrzałam się
dookoła w poszukiwaniu latającej małpy. Nigdzie jej nie widziałam i nie miałam
pojęcia, czy znaczyło to, że odleciała, została na pokładzie czy gdzieś się na
mnie czaiła.
Po prostu świetnie. I co teraz miałam robić?
Nie miałam pojęcia, czy próbować jakoś wracać na
statek, czy wręcz przeciwnie, dopłynąć do brzegu i próbować jakoś później
spotkać się z Jackiem; decyzję po chwili podjęła jednak za mnie latająca małpa,
odbijając się od pokładu statku i pikując prosto w moją stronę.
Widząc te okropne, wpatrzone we mnie, czerwone
oczy, nie wahałam się ani chwili; mocno nabrawszy w płuca powietrza,
zanurkowałam, po czym zaczęłam płynąć pod wodą z nurtem rzeki. Obok mnie w
wodzie coś się zakotłowało, uciekłam stamtąd czym prędzej, nie patrząc za
siebie, by się przekonać, czy była to małpa, czy raczej jakiś rodzaj rzecznego
drapieżnika. Jeszcze by mi tego brakowało, gdybym spotkała w tej rzece
aligatora…! W końcu jednak musiałam wypłynąć, by ponownie zaczerpnąć powietrza,
i właśnie wtedy poczułam, jak coś chwyta mnie za ramię i unosi.
Wrzasnęłam i spróbowałam się wyrwać, oblewając
wodą kołującą nade mną latającą małpę, ta jednak najwyraźniej była odważna i
nie wycofała się; na moment puściła mnie dopiero wtedy, gdy od strony statku
dobiegły mnie strzały. Odwróciłam się w tamtą stronę, by zobaczyć, że Noah
celował do latającej małpy z dubeltówki; wiedziałam jednak doskonale, że z
uwagi na odległość nie mógł celować dokładnie, bo bał się, że zamiast małpy
trafi mnie, i strzelał bardziej na wiwat. W końcu zorientowała się w tym nawet
latająca małpa, bo w końcu pociski nie trafiły nigdzie blisko nas, i
przypuściła kolejny atak.
Próbowałam się bronić, byłam jednak skazana na
porażkę. Kolejne uderzenie małpiego skrzydła dosięgło mnie, zanim ponownie
zdążyłam zanurkować, i oszołomiło mnie na moment, zamroczyło na tyle, że
przestałam utrzymywać się na powierzchni i po chwili zakrztusiłam się wodą.
Właśnie wtedy coś za nogę poderwało mnie z wody i uniosło do góry, wysoko, a na
widok oddalającego się szybko lądu, wstęgi rzeki i statku wydarłam się po raz
kolejny.
Znowu słyszałam strzały i latająca małpa
zapikowała, chcąc ukryć się pomiędzy drzewami w rosnącym przy brzegu rzeki
zagajniku. Przyspieszyła, a mnie aż zrobiło się niedobrze od tempa, w jakim pod
moją głową, do góry nogami przesuwał się krajobraz, i zamarłam, automatycznie
zaprzestając wyrywania się małpie. Ostatecznie gdyby puściła mnie w tamtej
chwili, a ja spadłabym na ziemię, niewątpliwie złamałabym kark.
A potem małpa skręciła nieco i zleciała jeszcze
niżej, pomiędzy drzewa; nie zauważyłam w porę zbliżającego się konara, gdy
pojawił się przed moimi oczami, był już bardzo blisko i było stanowczo za
późno, żeby jakkolwiek uchronić się przed zderzeniem. Odruchowo zasłoniłam
tylko głowę ramionami, a w następnej chwili poczułam uderzenie i
najprawdopodobniej straciłam przytomność, bo przed oczami zrobiło mi się ciemno
i urwał mi się film.
***
Obudziłam się zmarznięta, obolała i całkowicie
skołowana. W głowie przesypywał mi się piasek, żebra bolały przy każdym
oddechu, podobnie jak szyja i lewe ramię, nie tak dawno przecież uszkodzone
przez Czarownicę ze Wschodu, a pęd powietrza wyciskał mi powietrze z płuc, aż
bałam się, że za chwilę się uduszę.
Nadal leciałam. Gdy byłam nieprzytomna, latająca
małpa zmieniła jednak nieco uchwyt, obecnie trzymała mnie w okolicach pasa –
zapewne między innymi dlatego tak bolały mnie żebra – głową do góry, na
szczęście, a nogami w dół. Była to pozycja niemalże pionowa i chociaż tyle
dobrze, bo inaczej pewnie dawno dostałabym wylewu do mózgu. Rozejrzałam się
dyskretnie dookoła, nie chcąc zdradzić, że już się obudziłam, i włosy zjeżyły
mi się na głowie.
Nic dziwnego, że było mi zimno. Nie dość, że
byłam cała mokra po kąpieli w rzece, nie dość, że pęd powietrza również mnie
nie ogrzewał, to przecież w dodatku znajdowaliśmy się… w górach. Pośród
ośnieżonych górskich szczytów, wśród których temperatura była na tyle niska, że
wyraźnie widziałam wydostającą się z moich ust parę przy każdym wydechu.
Poszukałam wzrokiem i znalazłam go niemal
natychmiast. Zamek Czarownicy z Zachodu. A więc rzeczywiście istniał, nie był
moim złudzeniem optycznym, stał w tych górach, a my byliśmy już bardzo blisko
niego. I, niestety, wyglądało na to, że to właśnie tam zabierała mnie latająca
małpa.
Był majestatyczny i nieco przerażający. Składał
się z wysmukłego budynku głównego, zakończonego niebieskimi dachami o ostrym
spadzie, i kilku dźgających niebo, wąskich, ale wysokich wież. Wszystko to
otoczone było wysokim murem obronnym i zbudowane praktycznie na zboczu góry, w
miejscu niemożliwym do sforsowania dla ewentualnych najeźdźców. Jedna z jego
wież rzeczywiście znajdowała się w wiecznym cieniu, tak blisko górskiego
szczytu ją postawiono. Poczułam strach ściskający mnie za gardło.
Pazury małpy wbiły się mocniej między moje
żebra, na co syknęłam odruchowo i zacisnęłam zęby. Zwierzę odbiło w lewo,
pikując w stronę tej właśnie, stojącej w cieniu góry, wieży, a mnie żołądek
podszedł do gardła, gdy spojrzałam w dół i zobaczyłam zbliżającą się w przyspieszonym
tempie ziemię przykrytą lodowcem. Kiedy coś ostatnio jadłam? Chyba poprzedniego
popołudnia, ale jeżeli coś z tego we mnie zostało, byłam gotowa się tego pozbyć,
tak bardzo w jednej chwili zrobiło mi się niedobrze.
Nie spadliśmy jednak na ziemię; zamiast tego
małpa wylądowała z impetem, aż mną potrząsnęło, na dachu owej skrytej w cieniu
wieży. W następnej chwili, jakby na zawołanie, uchyliło się jedyne w wieży,
zakratowane okienko, a małpa schwyciła mnie w pół i nie zważając na moje
krzyki, wrzuciła mnie do środka.
Zebrałam się z podłogi, jak tylko szybko
potrafiłam, ale okienko i tak zdążyło się za mną zatrzasnąć, a nie potrafiłam
na nowo go otworzyć. Chyba ktoś tu użył magii, pomyślałam z irytacją,
nadaremnie ciągnąc kraty w okienku. Byłam uwięziona.
Usłyszałam jeszcze łopot małpich skrzydeł, gdy
mój transport odlatywał, po czym odwróciłam się przodem do wnętrza wieży, żeby
zobaczyć chociaż, gdzie się znajdowałam, skoro już przyszło mi być więźniem.
Pomieszczenie, w którym się znalazłam, było
nieduże i całkiem okrągłe. Wszystkich szczegółów pewna nie byłam, bo we wnętrzu
panował półmrok, który rozjaśniał jedynie nikły blask zza okna, wyglądało
jednak na to, że nie było w nim wiele mebli – nie było jednak również bardzo
spartańskie. Ostatecznie znalazło się miejsce na niewielki, okrągły stolik
ustawiony pośrodku pomieszczenia, a przy nim dwa krzesła, i wąskie łóżko,
stojące zagłówkiem do ściany przy oknie.
I to wszystko.
Na wszelki wypadek obeszłam pomieszczenie
uważnie, dotykając kamiennej ściany i posadzki, a także spoglądając w górę –
sufit znajdował się jakieś trzy jardy nad moją głową i był płaski, czyli nie
było to jeszcze zwieńczenie wieży. Pomalowany na jednolity, biały kolor,
odcinał się wyraźnie od ścian z ciemnego kamienia i równie ciemnej posadzki.
W wieży znajdowały się też drzwi. W ścianie, co
oznaczało, że za nią musiała znajdować się choćby wąska klatka schodowa. Drzwi
były drewniane i bardzo solidne, znajdowała się w nich jednak niewielka kratka,
przez którą można było wyjrzeć na zewnątrz. Spróbowałam oczywiście klamki, były
jednak zamknięte na klucz, a gdy wyjrzałam przez kraty, zobaczyłam za nimi
długi, zakończony schodami w dół korytarzyk. Pusty korytarzyk.
Och, gdybym miała chociaż spinkę do włosów.
Cokolwiek, czym mogłabym spróbować otworzyć te drzwi! Niestety, wszelkich
spinek pozbyłam się już dawno temu, a w pokoju nie było niczego, czego mogłabym
użyć jako wytrycha. Chyba.
Na wszelki wypadek rozejrzałam się po wnętrzu
raz jeszcze, tym razem uważniej, ponownie jednak nie znalazłam niczego
przydatnego. Wobec tego podeszłam do okna, wyjrzałam za nie, chociaż musiałam
stanąć na palcach, żeby cokolwiek zobaczyć, i spróbowałam oszacować wysokość do
ziemi.
Co najmniej trzydzieści jardów, cholera. Nie
dość, że wysoko, nie dość, że ściana wieży była gładka i nie było mowy, żebym
po niej zeszła, nawet gdybym jakimś cudem otworzyła okienko, to jeszcze wieża
kończyła się na zamkowym dziedzińcu, a więc nadal na terytorium wroga. Nie,
tędy zdecydowanie się stąd nie wydostanę, zadecydowałam, po czym wróciłam do
drzwi.
I wtedy właśnie zorientowałam się, że nie byłam
już w wieży sama.
W otwartych drzwiach wieży stała kobieta. Pomimo
burzy rudych loków nie wyglądała tak dziko jak Czarownica ze Wschodu, nie była
również wiekiem podobna do Czarownicy z Północy, bo mogła mieć najwyżej
trzydzieści lat – a raczej na tyle wyglądać. Poznałam ją jednak od razu, bo
przecież widziałam ją już wcześniej na malowidle w pałacu Czarnoksiężnika.
Czarownica z Zachodu.
Była naprawdę śliczna. Miała regularne rysy
twarzy, mocno zielone oczy, ładnie wykrojone usta i porcelanową, nieskazitelną
cerę. Była szczupła i wysoka, nieco wyższa ode mnie, a jej rude włosy zdawały
się żyć własnym życiem. Ubrana w długą, zieloną, prostą sukienkę, wyglądała po
prostu… niesamowicie. To musiałam jej przyznać.
Odruchowo cofnęłam się o krok, chociaż przecież
nie mogła mnie skrzywdzić. A przynajmniej nie czarami. A przynajmniej tak mi
się wydawało, bo tak było, kiedy ostatnio sprawdzałam. Nie zmieniało to jednak
faktu, że trochę się jej obawiałam. Ostatecznie to ona przypuszczała ataki na
Emerald City, żeby zdobyć drugą połówkę klucza. Ostatecznie to ona wydawała
rozkazy latającym małpom. I to ona sprowadziła na statek Noah wrony, a później
czarne pszczoły.
Naprawdę nie wyglądała na osobę, która byłaby do
tego zdolna, póki się nie uśmiechnęła, a w tym uśmiechu – i jej oczach – nie
zobaczyłam całego jej okrucieństwa i wyrachowania. Bardzo mi się to nie
podobało.
Ale w końcu czego mogłam się spodziewać po
Czarownicy z Zachodu?
– Oj, Dorothy. Bardzo nie chcesz umrzeć, prawda?
– zapytała po prostu, nie robiąc jednak ani kroku za próg, jakby bała się, że
jeśli wejdzie do środka, zrobię jej coś złego. Tylko chciała wyglądać na pewną
siebie, ale w rzeczywistości wcale taka nie była.
– A chciałaś mnie zabić? – Wobec tego też
postanowiłam przejść na formę „ty”. – Dlaczego?
– Och, błagam, byłaś w Emerald City, widziałaś
się z Clarissą, na pewno już ci to ktoś wytłumaczył. – Czarownica z Zachodu
wydęła wargi w geście lekceważenia. – Wybacz, Dorothy, ale działam w
samoobronie. Chyba sama rozumiesz. Skoro jednak nie mogę cię zabić…
Rozłożyła bezradnie ręce, na co poczułam
chwytającą mnie za gardło panikę.
– Zamierzasz mnie tu więzić?! – wykrzyknęłam,
chwilowo zapominając o tym, co podobno powinnam wiedzieć. Zwłaszcza że wcale
nie wiedziałam. – Nie możesz…
– Oczywiście, że mogę, w końcu nie bez powodu
jestem jedną z czterech najpotężniejszych Czarownic w Oz, prawda? – przerwała
mi z pobłażaniem. – Im prędzej to zrozumiesz, Dorothy, tym lepiej. Nie zabiję
cię, bo najwyraźniej nie jestem w stanie. Tak, wiem już o wszystkim, mam swoje
sposoby, o których nie musisz wiedzieć. Nie mogę cię jednak wypuścić, bo
prędzej czy później ty zabiłabyś mnie.
– Nie chcę nikogo zabijać – zaprotestowałam
słabo. Czarownica z Zachodu wzruszyła ramionami.
– To jest właśnie to, co musisz zrozumieć. Nie
uciekniesz od swojego przeznaczenia, Dorothy. Choćbyś bardzo nie chciała, i tak
to zrobisz, jak z Czarownicą ze Wschodu. Założę się, że jej też wcale nie
chciałaś zabić, ale i tak to zrobiłaś. Bo musiałaś. A jak zachowasz się, gdy
już najadę Emerald City i zrównam je z ziemią, żeby zdobyć połowę artefaktu? Co
zrobisz, gdy zechcę zabić twojego ojca, Dorothy? Pozwolisz na to?
– To głupie – powiedziałam niepewnie, bo chyba
nie do końca rozumiałam, o co chodziło w tej rozmowie. – Niezależnie, co bym
zrobiła, nie jestem w stanie cię powstrzymać. Mogę próbować, mogę walczyć z
innymi, mogę ochronić sama siebie, skoro magia na mnie nie działa, ale nic poza
tym. Nie mogę zrobić ci krzywdy.
W oczach Czarownicy z Zachodu po raz pierwszy
zapaliło się zainteresowanie. Ale coś jeszcze. Jakby… niepokój? Skoro nie bała
się mnie wcześniej, to dlaczego po tych właśnie słowach zaczęła?
– Ty nic nie wiesz – zawyrokowała w końcu, a jej
wystudiowany spokój na moment gdzieś prysnął. – Clarissa ci nie powiedziała.
Dlaczego?
– O czym miała mi powiedzieć? – zdenerwowałam
się, bo serdecznie dość miałam już tajemnic. Ostatecznie odkąd tylko znalazłam
się w Oz, praktycznie nie robiłam nic innego, tylko dowiadywałam się o sobie
czegoś nowego! Było coś więcej? Ile jeszcze musiałam znieść, zanim w końcu
wszystko stanie się jasne?! – O co właściwie chodzi?
– Nie powiedziała ci – powtórzyła z
niedowierzaniem Czarownica z Zachodu, kręcąc głową. Po chwili jej ładnie
wykrojone usta wykrzywił pogardliwy uśmiech. – Pewnie nie uwierzyła. Clarissa
zawsze była naiwną kretynką.
Miałam inne zdanie na temat Czarownicy z
Północy, bo po tym jednym spotkaniu, podczas którego dowiedziałam się o
zaklęciu rzuconym na mnie przez matkę i mnóstwie innych pożytecznych rzeczy
wcale nie powiedziałabym o Clarissie, że była naiwna albo że była kretynką, ale
zachowałam te myśli dla siebie. Zamiast tego spróbowałam coś wyciągnąć z
czarownicy stojącej przede mną, po drugiej stronie pomieszczenia.
– W co Clarissa nie uwierzyła? – zapytałam więc
ostrożnie. – O co tutaj chodzi?
– A więc pozwól, że opowiem ci pewną historię,
Dorothy – zaczęła Czarownica z Zachodu po chwili wahania, nieco protekcjonalnym
tonem. – Dawno temu, kiedy my, wszystkie cztery najważniejsze czarownice Oz,
jeszcze się lubiłyśmy i jeszcze chciało nam się bawić naszymi umiejętnościami,
uwarzyłyśmy pewien wywar. Wypity, pozwalał nam na zajrzenie w przyszłość, ale
trzeba było mnóstwo umiejętności, żeby uwarzyć go właściwie i nie umrzeć po
zażyciu go.
– Wywar z trujących maków – szepnęłam,
natychmiast przypominając sobie, jak kiedyś Annabelle mi o tym opowiadała.
Czarownica z Zachodu skinęła głową.
– Dokładnie. A wiesz, co zobaczyłyśmy w wizji,
która nas po tym wywarze nawiedziła? Zobaczyłyśmy osobę, która zakończy nasze
życie. Dorothy Gale.
– Ale przecież Dorothy już była w Oz –
zaprotestowałam, nadal niewiele z tego rozumiejąc. – Wszyscy po drodze mi to
mówili. Dlatego mnie znali. Dlatego twierdzili, że zabiję Czarownice. Bo ktoś
już to kiedyś zrobił…
– Gdyby ktoś kiedyś to już zrobił, to czy
prowadziłybyśmy teraz tę rozmowę? – Czarownica roześmiała się, rozkładając
ręce, którymi wskazała całe pomieszczenie. – Nie, Dorothy, to nie do końca było
tak. Widzisz, wizje sprowadzone przez wywar z trujących maków nie są jasne. Nie
są oczywiste ani niejednoznaczne. Wiedziałyśmy, że z Ziemi przybędzie do nas
niejaka Dorothy Gale, wiedziałyśmy, że spotka na swojej drodze Stracha na
Wróble, Tchórzliwego Lwa i Blaszanego Drwala, wiedziałyśmy, że będzie miało z tym
coś wspólnego jakieś zaklęcie ochronne, tornado i latający dom. Znając z
grubsza miejsce twojego lądowania w Oz – kraina Manczkinów – i drogę do Emerald
City, skleciłyśmy opowieść o Dorotce, która pakuje się we wszelkie możliwe
kłopoty i poznaje po drodze nowych towarzyszy podróży, po czym rozpuściłyśmy tę
plotkę pośród mieszkańców Oz.
– Nie rozumiem – poskarżyłam się znowu. – Po co?
Czarownica zaśmiała się bez wesołości.
– Jak to, po co, Dorothy? Żeby ludzie wiedzieli.
Żeby było o tobie głośno, kiedy wreszcie rzeczywiście przybędziesz. Nic nie
rozprzestrzenia się tak szybko jak ludzkie plotki. Wiedziałyśmy, że kiedy w
końcu się pojawisz i powiesz komuś, jak się nazywasz, od razu rozpowiedzą to po
całym Oz i o wszystkim natychmiast się dowiemy. Ale historia musiała mieć
szczegóły, żeby ktokolwiek w nią uwierzył. Tak powstawała historyjka o Dorotce…
która nigdy nie miała miejsca w rzeczywistości.
Dopiero wtedy zrozumiałam wszystko. Cofnęłam się
o krok i ciężko oparłam o ścianę wieży, wyczuwając pod palcami chropawe, zimne
kamienie. Miałam ochotę przyłożyć do nich czoło i trochę się ostudzić, bo
pomimo mokrej odzieży i niskiej temperatury w pomieszczeniu nagle zrobiło mi
się gorąco, nie chciałam jednak spuszczać z oczu Czarownicy ani pokazywać po
sobie słabości. Nie chciałam, żeby wiedziała, jak wielki lęk w tamtej chwili
poczułam.
Wizje po wywarze z trujących maków. To było w
ogóle możliwe? Chyba tak, skoro na ich podstawie Czarownice wymyśliły plotkę,
tak bliską rzeczywistym wydarzeniom, jakie spotkały mnie w Oz? A jeśli ta
opowieść miała tak wiele wspólnego z moim pobytem w Oz, czy i reszta miała
mieć? Naprawdę miałam je zabić? Nie tylko Czarownicę ze Wschodu, ale też tę z
Zachodu i… i…
– Opowieść o Dorotce, którą znam, mówi o śmierci
tylko dwóch czarownic – powiedziałam, kiedy już upewniłam się, że mogłam zaufać
mojemu głosowi. – A pozostałe dwie? Czarownica z Północy i Czarownica z
Południa?
– Tę plotkę wymyśliłyśmy we dwie, z Czarownicą
ze Wschodu – wyjaśniła chętnie. – Clarissa i Gloria nigdy nie przyznały się, co
zobaczyły w swoich wizjach, więc złożyłyśmy tylko to, co było w naszych, i
dodałyśmy do tego oprawę w postaci fabuły.
Odetchnęłam z ulgą. A więc to znaczyło, że
miałam zabić dwie czarownice. Te dwie złe. Nie oznaczało to, że zamierzałam to
zrobić, ale zawsze było to lepsze niż śmierć wszystkich czterech. Z mojej winy.
Zwłaszcza mamy.
– Tak czy inaczej, rozumiesz, że nie mogę cię
wypuścić. – Czarownica z Zachodu uśmiechnęła się bezradnie. – Nie jestem
całkowicie pewna, że te wizje mają sens, ale na wszelki wypadek musisz
pozostawać w mojej wieży.
– Ale ja też w to nie wierzę – zapewniłam ją
pospiesznie. – Nie wierzę, że miałabym jeszcze kogoś zabić, bo wcale tego nie
chcę. Zabiłam Czarownicę ze Wschodu, bo ona próbowała zabić mnie. Ale ciebie…
wcale nie muszę, jeśli mnie wypuścisz. Mogę odejść i nigdy więcej się nie
zobaczymy. Nie będę dla ciebie zagrożeniem!
Dopiero po tamtych słowach Czarownica z Zachodu
utraciła całą tę dobrotliwość, z jaką do tamtej pory się do mnie zwracała. Jej
oczy się zwęziły, usta wykrzywiły w brzydkim grymasie, i postąpiła wreszcie o
krok naprzód, ostatecznie wchodząc do wieży. Jej wzrok mógł zabijać, gdyby
tylko padł na bardziej ode mnie podatny grunt.
– Myślisz, że się ciebie boję, Dorothy? –
zapytała ostro, ale nadal spokojnie, nie podnosząc głosu. – Źle mnie
zrozumiałaś. Wcale się nie boję i wcale nie uważam, że jesteś dla mnie
zagrożeniem. Uwiężę cię jednak na wszelki wypadek, bo lepiej zneutralizować,
niż zignorować nawet mało prawdopodobne zagrożenie. Natomiast co do twojej
obietnicy, że więcej cię nie zobaczę, jeśli cię wypuszczę… Nie rozśmieszaj
mnie. – Nie wyglądała jednak na rozbawioną, wręcz przeciwnie, wyglądała na
wściekłą. – Teraz tak mówisz, bo chcesz uciec. Kiedy jednak zaatakuję Emerald
City, kiedy będę chciała zabić twojego ojca, zaatakować miasteczko w Kansas, z
którego pochodzisz, i pozbyć się twojej rodziny również z tamtego świata, co
zrobisz? Zostaniesz w ukryciu, z daleka ode mnie, bo tak mi obiecałaś? Czy może
raczej jednak spróbujesz mi się przeciwstawić i mnie zabić?
To było trudne pytanie, na które sama nie znałam
odpowiedzi, chociaż ona na pewno myślała, że odpowiedź była oczywista. Dla mnie
wcale nie była. Nie chciałam pozbawić nikogo więcej życia, niezależnie, jakie
miał intencje. Ale co innego można było zrobić? Zamknąć ją w więzieniu? Czy w
ogóle istniało takie, z którego za pomocą magii by się nie wydostała?
Mój brak odpowiedzi był jednak dla Czarownicy
wystarczający, by odebrać to tak, jak jej było wygodnie. Kiwnęła głową, po czym
skierowała się do drzwi, najwyraźniej uważając naszą rozmowę za skończoną.
– Tak czy inaczej, przyzwyczaj się do tego
miejsca, bo to twój nowy dom – oświadczyła z tym swoim paskudnym, krzywym
uśmieszkiem. – Przynajmniej dopóki nie zorientuję się, jak zdjąć to zaklęcie
ochronne, żebym mogła cię spokojnie zabić. Poczuj się doceniona, bo specjalnie
dla ciebie zwolniłam to miejsce, likwidując ostatniego lokatora, który mieszkał
tu dwadzieścia lat. Chyba bardzo mu się to podobało, bo protestował z całych
sił, kiedy kazałam ściąć mu głowę.
Wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi i
pozostawiając mnie w stanie kompletnego oszołomienia i paniki. Wpadłam jak
śliwka w kompot, nie ma co.
Sprawdziłam oczywiście drzwi, ale Czarownica z
Zachodu niestety zamknęła je bardzo sumiennie. Kiedy spojrzałam przez kratę na
korytarz, już jej nie było i znowu zostałam sama. Ze złością walnęłam pięścią w
drzwi, co niestety poskutkowało tylko tym, że zabolała mnie ręka.
Cholera jasna. Ona naprawdę zamierzała mnie tu
trzymać jak więźnia! Może jeszcze zapomni mnie karmić i poić? Tak byłoby
najprościej, w końcu umarłabym sama z siebie, i to bardzo szybko! Równocześnie
jednak miałam wrażenie, że Czarownica z Zachodu wcale nie chciała mnie zabijać.
Że tak mówiła, ale w rzeczywistości uważała, że to dobrze, mieć mnie pod swoim
dachem. Jakbym była jakiegoś rodzaju talizmanem.
Ona nie wierzyła w przeznaczenie i te wszystkie
bzdury związane z wizjami. To było pewne.
Ale jednak, na wszelki wypadek… Trzymała mnie w
zamknięciu.
Osunęłam się na łóżko, a miękkość siennika na
nim mnie zdziwiła. Było mi ciężko na sercu i nic nie mogłam na to poradzić, i
niewiele to miało wspólnego z obecnym zamknięciem w najciemniejszej wieży zamku
Czarownicy. Chodziło raczej o to, co mi powiedziała. Że według jej wizji miałam
zabić również ją. Nie podobało mi się wcale, że dotyczyły mnie jakiekolwiek
wizje i że przewidywano dla mnie jakąkolwiek konkretną przyszłość. Sama
kształtowałam swoją przyszłość! To ode mnie była ona zależna, nie od jakiejś
głupiej wizji dwóch Czarownic!
Nie chciałam jej zabijać. Nie chciałam zabijać
nikogo! Wystarczająco miałam wyrzutów sumienia po ostatniej śmierci Czarownicy
ze Wschodu. Czy jej nie mógł zabić Jack? Albo ktokolwiek inny, byle nie ja?
Przez cały ten czas, przez cały mój pobyt w Oz
pocieszałam się tą jedną myślą, że nie byłam tą
Dorothy. Że nie byłam tą Dorothy, która miała przybyć do Oz, żeby zabić złe
Czarownice i pomóc Czarnoksiężnikowi wrócić do domu. Pocieszałam się, że po
prostu przypadkiem nazywam się tak samo, jak tamta dziewczynka, i że to wyłącznie
dlatego Czarownice się mną zainteresowały – nie dlatego, że faktycznie było we
mnie coś niezwykłego.
Tymczasem okazywało się, że wszystko w to, co
wierzyłam, było bzdurą. Nie było żadnej innej Dorothy, byłam tylko ja. Nie było
innego bohatera. Ja miałam nim być, a ja stanowczo nie nadawałam się na
bohatera.
Czy mój ojciec o tym wiedział? Biorąc pod uwagę,
kim była jego żona, było to prawdopodobne. Ale czy to dlatego tak naprawdę
wezwał mnie do Oz? I nie chciał tego później powiedzieć w obawie, co sobie o
nim pomyślę? To przecież miałoby zaskakująco wiele sensu. Że tata chciał się
pozbyć wreszcie Czarownicy z Zachodu, więc posłał po córkę, która według wizji
miała ją zabić, a następnie nakarmił ją bajeczkami o uwięzionej gdzieś na
południu matce. Mógł pomyśleć, że skoro i tak według wizji mam zabić Czarownicę
z Zachodu, to zrobię to, niezależnie, czy trafię do niej specjalnie, czy nie.
Mógł mi o tym nie powiedzieć w obawie, że oskarżę go o interesowność, że nie
interesuje się moim losem, tylko tą głupią wizją, i że traktuje mnie
przedmiotowo. Mogłam się obrazić, zapowiedzieć, że tego nie zrobię, choćby mu
na złość za to, jak się zachował.
Oczywiście, mogłam to wszystko zrobić. Więc jaką
miałam pewność, że tata nie wiedział tego wszystkiego i nie wykorzystał po
prostu sytuacji?
Te myśli były okropne, ale nie potrafiłam się od
nich uwolnić. Nie potrafiłam przestać się nimi katować. Tak jak człowiek z
bolącym zębem co chwila dotyka go końcem języka, by przekonać się, czy dalej
boli, ja wracałam do tego tematu, zastanawiając się, czy ojciec mógł ze mną
postąpić tak źle, tak bardzo jakbym nie miała dla niego żadnej wartości jako
córka, a tylko jako zabójczyni Czarownic. To też bolało, ale nie umiałam się
powstrzymać.
Położyłam się na materacu, dopiero w tamtej
chwili czując, jak bardzo byłam zmęczona i poturbowana. W końcu spałam tylko
kilka godzin; zaraz później nadleciały wrony, które poraniły mi ręce, zaraz
potem pszczoły, których użądlenia nadal bolały, zwłaszcza to na szyi, a zaraz
potem latająca małpa, która o mało nie połamała mi żeber i niemalże przyprawiła
o wstrząs mózgu. Kiedy wreszcie zostałam w mojej celi sama i adrenalina trochę
ze mnie opadła, stwierdziłam, że wszystko mnie bolało. Niemalże całe ciało –
noga, za którą porwała mnie małpa, klatka piersiowa, obydwie ręce, szyja i
głowa – pulsowało różnymi rodzajami bólu, który jeszcze bardziej wyprowadzał
mnie z równowagi.
Proszę bardzo, to właśnie Oz ze mną zrobiło! A
Jack naprawdę się dziwił, że chciałam wracać do Nowego Jorku?! Na Ziemi nie
zdarzyło mi się nic takiego przez dwadzieścia cztery lata mojego życia! Od paru
miesięcy żyłam w jednym z najniebezpieczniejszych miast na świecie, a jednak
ani razu nie wróciłam do domu poszkodowana, w przeciwieństwie do Oz! Aż dziwne,
że tu ktokolwiek dożywał starości!
Nie wytrzymałam i w końcu poczułam na policzkach
łzy. W zasadzie nawet nie płakałam z powodu fizycznych obrażeń; nie płakałam
też z powodu wizji Czarownic, o których się właśnie dowiedziałam, a z których
jasno wynikało, że jednak byłam tą
Dorothy. Płakałam ze względu na to wszystko razem wzięte.
Wszystko mnie tu przytłaczało i przerastało. Nie
przywykłam do tak trudnego, intensywnego życia i wcale go nie chciałam.
Chciałam mieć wreszcie spokój. Święty spokój. I płakałam, bo nie widziałam
absolutnie żadnej szansy, żebym w najbliższym czasie mogła wreszcie odpocząć od
tego nieustającego młyna, dzikiego kręcenia się w kółko na karuzeli, jakie
przypadło mi w udziale w Oz. Chyba że rzeczywiście miałam zostać w wieży
Czarownicy z Zachodu do śmierci.
Choć początkowo nie wydawało mi się to możliwe,
sen jednak w końcu mnie ukoił; uciszył wszystkie lęki, uspokoił skołatane
nerwy, wyciszył mnie. Pozwolił na choć chwilę wytchnienia i regeneracji sił.
Naprawdę tego potrzebowałam.
Trzeba przyznać, że zbieżność nazwisk była od początku mało prawdopodobna, ale wizje, plotka i w ogóle... Fajnie!
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że jej ojciec o niczym nie wiedział, bo w innym przypadku byłoby mi naprawdę żal Dorothy.
Zapowiedź! Jack! Nie wiem, za bardzo co napisać, ale wszystko ponownie nabiera tempa i nie mogę już się doczekać kolejnego rozdziału! :D
Pozdrawiam!
Haha, początkowo to miała być zbieżność nazwisk, ale ja nienawidzę zbiegów okoliczności, więc oczywiście musiałam wymyślić coś, żeby jednak nie była xd zresztą ja mam manię tłumaczenia wszystkiego, także pojawi się tutaj nawet wątek tłumaczący, skąd ta historia wzięła się na Ziemi ;>
UsuńJej mama wiedziała, to pewne. A czy i ojciec... Kiedyś się to pewnie wyjaśni;)
To się bardzo cieszę xd i tym bardziej ciekawi mnie więc, co napiszesz po kolejnym^^
Całuję!
"Rozejrzałam się dookoła, ale chociaż duszącym dym utrudniał widoczność [...]"
OdpowiedzUsuń*~*~*~*
I w końcu się wyjaśniło, skąd się wzięła ta opowiastkowa Dorotka. Bardzo zresztą ciekawe i zgrabne wyjaśnienie. Tylko skoro Clarissa i mama Dorothy nie powiedziały, co takiego zobaczyły, to może jeszcze jest szansa? Znaczy, zgaduję, że Czarownica z Północy mogła zobaczyć śmierć Dorothy z rąk Jacka, miałoby to sens, ale nie wiemy, co zobaczyła Clarissa. A skoro zachowała to dla siebie i nie powiedziała ani pozostałym Czarownicom, ani Dorothy, to to musiało być coś ważnego. Albo przypisuję jej wizji zbyt dużą wagę. :P
Świetny rozdział, z niecierpliwością czekam na kolejny!
Jak zawsze dzięki za literówkę, już poprawione:)
UsuńAbsolutnie się nie mylisz, przypisując znaczenie temu, co widziały pozostałe dwie Czarownice. Będzie to wkrótce wyjaśnione, właściwie to wtedy, gdy Dorothy z Jackiem dotrą na Południe. I masz rację, że Gloria miała swoje powody, by nie ujawniać nikomu, co widziała w swojej wizji.
Cieszę się, że rozdział się podobał:) całuję!
Zabieram się za komentarz, który zapewne okaże się niewspółmierny do tego co przeczytałam. W dodatku piszę trochę na szybko, także wybacz, jeśli będzie trochę nieskładnie i bez sensu... ^^ Jezu, po prostu czytam i nie wiem, kiedy te rozdziały się kończą, aż w końcu przychodzi taki moment, że nagle nadrabiam wszystko. I wtedy pojawia się takie "juuuż?", bo jak się wkręcę, to trudno się oderwać. Mogę Cię jedynie przeprosić, nie lubię mieć zaległości, nie lubię być takim cichym czytelnikiem. Nawet jeśli mogę z przyjemnością przeczytać większą ilość jakiegoś Twojego tekstu, to i tak mi strasznie głupio, że nie jestem na bieżąco ; _ ; Poprawy obiecać nie mogę, wolę nie rzucać słów na wiatr, bo sama spełnionych obietnic nie lubię.
OdpowiedzUsuńKurcze, już nawet nie pamiętam, w którym momencie zaczęłam nadrabiać i od czego zacząć moje komentowanie XD To może zacznę od końca, bo tak łatwiej :) Kiedy pojawiała się małpa i Dorothy z nią walczyła, a później porwała ze sobą, po praz pierwszy pomyślałam, że Dorothy wpakowała się w kłopoty... przez kogoś. Już pomijając fakt, że wrony były przez nią, pszczoły były przez nią, cała podróż statkiem jest z jej powodu, to ta małpa... Niby również z jej powodu, ale jednak w głowie ciągle miałam to, że Dorothy gasząc ognisko chce uratować statek i innych, a nikt inny tego zrobić nie może, więc siłą rzeczy spadło to na nią. I bach! Została uwięziona w wierzy. gdybym to miała porównywać, z wszystkich tych rzeczy, które działy się bo JA SAMA, Dorothy wychodziła obronną ręką, zawsze parła do przodu (chociaż czasami pomoc Jacka okazywała się niezastąpiona ;>), to jednak żadna z poprzednich sytuacji nie wydała mi się tak poważna jak... zamknięcie w wieży. Teraz widzę dwie możliwości - albo Dorothy poradzi sobie sama i cudownym sposobem (zaczarowanym sposobem :)) ucieknie z wieży albo... hm, zaczęłam się zastanawiam, skąd Jack wytrzaśnie białego rumaka :D Poza tym coraz bardziej zadziwia mnie, jak ważną postacią jest Dorothy w Oz. Tak ważną, że albo chce się ją mieć blisko (ojciec), albo chce się ją zabić (Czarownica z Zachodu). Podejrzewam, że ta "ważność" może się jeszcze w objawić w sposób, w który zaskoczy wszystkich, a szczególnie Dorothy. Kurcze, po prostu czekam, aż Dee skopie wszystkim tyłki! XD
Co do samej podróży statkiem, nie będę się rozpisywać, że Dorothy wszystko musi zrobić sama, bo o tym już wspomniałam. Ale po prostu nie mogę się powstrzymać, żeby nie wspomnieć, że Noah kojarzy mi się z Noe, poza tym statek Tornado - jak tutaj Ciebie nie uwielbiać za takie smaczki? :)
Może mi się coś jeszcze przypomni, to wpadnę, ale teraz lecę na pociąg, bo dziś ciągle w podróży (ale przynajmniej mogłam przeczytać dwa ostatnie rozdziały tutaj :)).
Tymczasem pozdrawiam! ;*
Spoko spoko, taki nieskładny to ten komentarz nie jest, jest nawet bardzo w porządku;) mnie tam tylko cieszy, że Ci się zaległości nie dłużyły, bo najgorzej to zmusić się do czytania czegoś, co nie idzie. A jak dla mnie to dobrze, że masz zaległości, bo wtedy ja też mogę się nimi zasłaniać xdd
UsuńNo fakt, teraz wyjątkowo nie chciała ratować tylko swojego tyłka i ewentualnie Jacka;) tak się właśnie kończy robienie czegoś pro publico bono w Oz, no xd rzeczywiście chyba tym razem sytuacja wydaje się bardziej... beznadziejna, bo w przypadku poprzednich znajdowało się zawsze jakieś wyjście z sytuacji, a tu? Zaczarowany sposób to raczej nie będzie xd a Jack wprawdzie białego rumaka nie znajdzie, ale jakieś zwierzę może i mu pomoże w ratowaniu Dee... ;p
No niestety tak mi to wyszło xd początkowo Dee miała być zupełnie nieważna i tylko przypadkiem się w to wszystko wplątać, ale potem napatoczyli się rodzice i już reszta potoczyła się z górki. Ale ta "ważność" może też nie być dobra i to się jeszcze na pewno odbije Dorothy czkawką. Ale o tym później ;>
Haha, no i słusznie Ci się kojarzy, bo też specjalnie wybrałam mu takie imię XD a Tornado - no omen, na co zresztą Dorothy zwróciła uwagę, i chyba w zasadzie od razu wiedziała, że to tym środkiem lokomocji musi kontynuować swoją podróż xd
Och, zazdroszczę, bo ja ostatnio ciągle w domu ;( miłych wojaży w takim razie życzę:)
Całuję! ;*
Ale akcja. No to teraz chyba bedzie Jackowi trudniejuratowac ukochaną.przy okazji rowniez nadzieje na rychły romans troche rozwleklna sie w czasie,,.. Nie spodziewałam sie,ze ta historyjka to wymysł. I ciekawe,jak wpadła na ziemie? XD no ro moze juz mniej ważne, ale widzę,ze sprawa jest skomplikowana. Ciekawe, co pozostałe czarownice widziały w swoich wizjach....moze to,ze Dorothy pomoze im w jakis sposob? Wydawało mi sie,ze czarownica z północy moze nic nie wiedziec. ALE TERaz to juz nie wiem. Zawsze mnie zaskoczysz... NO I jednak nadeszła chwila,w ktorej dorothy w kincu zaczęła płakać, kak dla mnie jest megamocno,ja juz dawno bym miała załamanie nerwowe... Ciekawi mnie,co bedzie dalej jeszce bardziej niz zwykle. Czekam na cd na odnalezcprzeznaczenie.blogspot.com
OdpowiedzUsuńTrudniej pewnie i tak, ale nie będzie to niemożliwe, prawda?;) no niestety, z tym romansem to trzeba jeszcze poczekać... Wprawdzie to już niedługo, jak Dorothy sama przed sobą przyzna się, że kocha Jacka, ale do czynów to jeszcze tak od razu nie zaprowadzi xd może i mniej ważne, ale i to zostanie wyjaśnione, skąd ta historia wzięła się na Ziemi;) czy Clarissa coś wiedziała... Hmm, tego może nie skomentuję, bo to dosyć istotny wątek jeszcze będzie ;> podobnie jak reszta wizji dotyczących Dorothy, co też się wkrótce wyjaśni, spokojnie. I cieszę się, że jednak potrafię zaskoczyć;) Dee musiała się w końcu rozkleić i też mnie trochę dziwi, że dopiero teraz, ale to chyba dlatego, że wcześniej walczyła, nigdy nie znalazła się jeszcze w tak beznadziejnej sytuacji. Póki wiedziała, że musi się trzymać w kupie, bo to utrzyma ją przy życiu, to tak robiła;)
UsuńBardzo mnie to cieszy:) i całuję!