12 lutego 2017

68. Dorothy i resztki człowieczeństwa

Przeczytajcie, proszę, notkę na koniec rozdziału.

_________________________________

Był naprawdę szybki. Natarł na mnie, zanim zdążyłam opracować jakąkolwiek strategię. Zanim zdążyłam wymyślić cokolwiek! Kilka szybkich susów i już był przy mnie – oszalałe, żółte oczy, zakończone istnymi szponami dłonie, wyszczerzone, ostre, pożółkłe zęby, charkot dobywający się z głębi jego gardła. Odsunęłam się chwiejnie o krok i zasłoniłam przedramieniem, gdy zaatakował. Jego dłoń wyprysnęła w górę, a potem poczułam ostry ból w ręce, którą czym prędzej do siebie przyciągnęłam.
Jeszcze jeden chwiejny krok i straciłam równowagę, lądując na tyłku. Odczołgałam się czym prędzej, próbując równocześnie nie spuścić atakującego mnie człekozwierza z oczu i znaleźć coś do obrony. Weź się w garść, Dorothy, przemknęło mi nagle przez głowę. Nie potrzebujesz żadnego narzędzia do obrony, znasz judo, na litość boską!
Kiedy człekozwierz znowu na mnie skoczył, zareagowałam odruchowo. Wyprostowałam nogi i uderzyłam przed siebie, celując w kolana. Gdy zawył z bólu, przenikliwym, świdrującym głosem i upadł na podłogę, nie próbowałam już uciekać. Jeśli miałam z nim jakieś szanse, to tylko w parterze, na krótki dystans. Poderwałam się na kolana, nie patyczkując się, wystosowałam mocnego prawego sierpowego. Stwór zawył ponownie, gdy moja pięść dosięgła celu, pod siłą uderzenia coś chrupnęło mocno, ale nie miałam czasu ani zastanawiać się, czy był to jego nos, czy szczęka, ani rozwodzić się nad ostrym bólem, który w następnej chwili eksplodował w mojej dłoni (pewnie skaleczyłam ją o jego zęby). Korzystając z chwili, gdy był zamroczony, chwyciłam go za kark, rzuciłam na ziemię, a potem praktycznie usiadłam na nim okrakiem i założyłam bardzo fachowego nelsona.
Już po chwili człekozwierz przyszedł do siebie, zaczął warczeć, krztusić się, bić nogami, które nadaremnie starałam się zablokować, a także rękami, usiłując jakoś mnie dosięgnąć. Byłam pod wrażeniem jego siły i wytrzymałości, co nie zmieniało faktu, że nie wiedziałam, co dalej robić. Byłabym w ogóle w stanie go zabić?
Przeniosłam ramiona na przód jego gardła i ścisnęłam mocno. Nie chciałam zabić, chciałam tylko, żeby stracił przytomność, żebym spokojnie mogła się zastanowić, co robić z nim dalej. Człekozwierz jednak tym gwałtowniej zaczął walczyć o uwolnienie. Szarpał się coraz mocniej, a ja próbowałam utrzymać chwyt, zamiast go jeszcze wzmocnić, bo wyglądało na to, że moje podduszanie go dawało niewielki skutek poza dodatkowym go rozjuszeniem. Trudno powiedzieć, może był silniejszy? Bardziej wytrzymały?
– Śpij wreszcie – wycedziłam przez zęby, gdy gwałtownym wierzgnięciem o mało nie zrzucił mnie z pleców. – Nie chcę cię skrzywdzić, do diabła!
Krzyknęłam, gdy nagle poczułam ostre zęby zatapiające się w moim przedramieniu. Głęboko, z pewnością do krwi, jeśli nie do mięsa. Chociaż chciałam być twarda i wytrzymać, zareagowałam odruchowo i nie bez trudu cofnęłam rękę, wyszarpując ją spomiędzy jego szczęk i nie zważając na kolejną falę bólu. Chwilowe poluzowanie chwytu i moja odwrócona uwaga mu wystarczyły. Wykręcił się pode mną, wierzgnął nogą, trafiając gdzieś w okolice mojej nerki; kiedy skuliłam się z bólu, zrzucił mnie z siebie i pociągnął za włosy, przygważdżając do podłogi, mocno, aż zobaczyłam gwiazdy przed oczami. Wygięłam się w łuk i znowu krzyknęłam, gdy ostre niczym szpony paznokcie do krwi przez ubranie rozorały mi skórę na plecach.
– Użyj magii, Dorothy! – darła się tymczasem Clarissa z lustra, najwyraźniej uważnie nam kibicując. – Zabij go magią albo daj się zabić!
Jasne, jakby to tylko było takie proste! Nawet gdybym chciała jej użyć, nie miałabym przecież pojęcia, jak…!
Poza tym, nie chciałam wcale zabić człekozwierza. Chociaż to prawdopodobnie byłoby bardziej miłosierne, nie potrafiłabym chyba tego zrobić. Po prostu go ogłusz, kołatało mi się w głowie. Przecież wiesz, jak, Dorothy.
Przetoczyłam się po podłodze, próbując zignorować palący ból w plecach. Miałam ochotę odkrzyknąć coś ostrego drącej się w tle Clarissie, ale nie wystarczyło mi na to czasu. Już w następnej chwili musiałam bronić się przed kolejnym atakiem. Tym razem zdążyłam chwycić lecącą w moim kierunku rękę, podbiłam ją od dołu, aż coś chrupnęło w łokciu, a wokół mnie znowu rozbrzmiał ochrypły krzyk człekozwierza. Drugie ramię odruchowo zablokowałam łokciem, tak, że pazury jedynie drasnęły mi skórę na policzku. Zapiekło.
Oszalałe, żółte ślepia znalazły się nagle tuż nade mną. Przez dwa długie uderzenia serca wpatrywałam się w nie, walcząc z odruchową chęcią zaprzestania walki. To ciągle był w jakimś stopniu człowiek, który tak naprawdę wcale nie chciał mnie skrzywdzić! Potem jednak wywinęłam łokieć, walnęłam nim prosto w twarz człekozwierza, a równocześnie z tym zgięłam nogę i kolanem poszukałam jego brzucha. Trafiłam, ale nie dało to spodziewanych rezultatów, bo ogłuszyłam przeciwnika jedynie na moment. Wyglądało na to, że cokolwiek zrobiła mu Clarissa, zwiększyło to też jego odporność na ból.
Zalana płynącą mu z nosa krwią twarz wyglądała jeszcze bardziej przerażająco. Odskoczyłam w ostatniej chwili, paznokcie przecięły powietrze zamiast mojej skóry, ale znowu straciłam równowagę i krzyknęłam, gdy boleśnie wykręciłam nogę w kostce. Upadek uratował mnie przed kolejnym atakiem człekozwierza, którego pazury wbiły się w drewnianą ścianę zamiast we mnie. Zdrową nogą nieco na oślep wymierzyłam kopniaka, trafiłam niemalże idealnie w prawe kolano, aż mój napastnik zawył i upadł na nie, wyszarpując równocześnie pazury z drewna. Zamachnął się nagle i nie zdążyłam się odsunąć, zanim pazury zatopiły się w mojej łydce.
Krzyknęłam rozdzierająco, bo ból był naprawdę ostry, i spróbowałam wyszarpnąć nogę, ale trzymał mnie mocno, pochylając się nade mną coraz bardziej. Rzuciłam się do przodu, zablokowałam jego drugą rękę, ale ból w łydce wycisnął mi łzy z oczu. W sekundzie zakotłowała się we mnie wściekłość, to piekące uczucie w okolicach klatki piersiowej, które sprawiało, że ból w nodze przestawał się liczyć – potrafiłam myśleć tylko o tym, że zaraz eksploduję, a z każdą sekundą, gdy to powstrzymywałam, było tylko gorzej. Jakby coś trawiło mnie od środka. Gorączka, ogień, żar – nie miałam pojęcia. Ale to z pewnością nie było normalne.
Upadłam do tyłu, chwyciłam się wolną ręką za klatkę piersiową, a chwilowa utrata koncentracji sprawiła, że już w następnej sekundzie człekozwierz był przy mnie. Nie miałam siły dłużej się bronić. Wrzasnęłam, ile miałam sił w płucach, i równocześnie z nagłą ulgą w klatce piersiowej zobaczyłam, jak mojego napastnika jakaś niewidzialna siła odrzuciła do tyłu, mocno, aż w pędzie uderzył całym ciałem o najbliższą ścianę.
Coś chrupnęło nieprzyjemnie i człekozwierz osunął się bezwładnie na podłogę, i już więcej nie wstał. Przez kilka niespokojnych uderzeń serca leżałam bez ruchu na ziemi, próbując uspokoić oddech i zdecydować, co bolało mnie najbardziej – przedramię, łydka, kostka czy plecy – a potem z trudem podniosłam się do pozycji siedzącej, ignorując cały czas dobiegający do mnie z oddali rozentuzjazmowany głos Clarissy. Szumiało mi w uszach i choćbym chciała, nie potrafiłabym skupić się na jej słowach. A wcale nie miałam na to ochoty.
Ze stęknięciem przeniosłam ciężar ciała na ręce i kolana, na czworaka podpełzłam do leżącego w bezruchu na podłodze ciała. Być może było to z mojej strony irracjonalne, ale wcale nie chciałam, żeby był martwy. Błagam, spraw, żebym go nie zabiła, kołatało mi się w kółko w głowie, chociaż nie byłam pewna, do kogo wystosowałam tę prośbę. Nawet gdybym wierzyła w Boga, wątpiłam, by w ogóle spoglądał na Oz.
Człekozwierz żył – to rozpoznałam od razu i nie potrzeba było do tego wiedzy medycznej, bo oddychał z trudem, oczy miał otwarte i wodził nimi po pomieszczeniu z przerażeniem. W tamtej chwili, gdy przestał szczerzyć zęby i rzucać się na mnie, zobaczyłam w nim tylko zaszczute, przestraszone zwierzę i ta obserwacja sprawiła, że poczułam łzy pod powiekami. Zrobiłam to. Zrobiłam dokładnie to, czego chciała ode mnie Clarissa. Użyłam na nim magii, prawdopodobnie złamałam mu kark na ścianie. A przecież wcale tego nie chciałam. W ogóle nie zamierzałam mu robić krzywdy!
– Przepraszam – wyjąkałam, z trudem zmuszając skołowaciały język do artykulacji słów. – Przepraszam. Nie chciałam…
Człekozwierz poruszył ustami, jakby chciał coś powiedzieć; chociaż w ten sposób znowu zobaczyłam jego ostre zęby, od których przeszedł mnie po karku dreszcz, odruchowo pochyliłam się ciut bliżej, żeby usłyszeć, co próbował mi przekazać. Z początku był to tylko niewyraźne, charczące mamrotanie, szept. A potem usłyszałam to wyraźniej i zamarłam w przerażeniu, niezdolna do wykonania żadnego ruchu, wypowiedzenia żadnego słowa, po prostu wpatrując się w niego rozszerzonymi oczami i powtarzając sobie w myślach, że to nie było możliwe. To nie było możliwe. To nie było…
– Henry…
Zapytałam go, jak miał na imię, przemknęło mi przez głowę. Prosiłam, by przypomniał sobie, kim był w poprzednim życiu, zanim Clarissa położyła na nim swoje łapy. Zanim wmówiono mu, że był jedynie gotowym do zabijania zwierzęciem. Kiedy jeszcze był człowiekiem.
Poprosiłam o imię i to dostałam, zrozumiałam, wpatrując się w żółte ślepia, w których powoli gasło życie. Zupełnie jakby ktoś zdmuchnął świeczkę. Nie mogłam oderwać od nich wzroku, gdy spojrzenie człekozwierza mętniało i traciło ostrość, by w końcu całkiem zastygnąć. Zapytałam o imię i w ostatnim przebłysku świadomości, zanim odszedł na zawsze, to właśnie mi powiedział. Z trudem, ale to na pewno było to imię.
To nie mogło być możliwe, powtórzyłam po raz setny. Henry to bardzo popularne imię. To musiał być przypadek.
Wyciągnęłam rękę, by zamknąć mu oczy, a potem odwróciłam się powoli i spojrzałam w lustro, z którego Clarissa przyglądała mi się z zainteresowaniem. Zupełnie jakby oglądała rezultaty jakiegoś ciekawego eksperymentu. Najwyraźniej nim byłam i to nie pod tylko jednym względem. Nie chodziło tylko o moją magię.
Chodziło o pozbawienie mnie woli życia i zaszczucie mnie wyrzutami sumienia, jak na dobrego człowieka, którego widziała we mnie Clarissa, przystało.
– Już rozumiesz, prawda? – zapytała lekko, jakby to nie było nic takiego. Pewnie zresztą dla niej tak właśnie było.
Chciałam, żeby zaprzeczyła. Żeby powiedziała, że to był tylko głupi żart. Albo zbieg okoliczności. Cokolwiek, co pozwoliłoby mi się czuć mniej jak zły człowiek.
Ale oczywiście tego nie zrobiła. To była Clarissa, nie głaszcząca mnie po główce mama. Znowu poczułam pod powiekami łzy i nie potrafiłam już ich powstrzymać.
– Dlaczego to zrobiłaś? – wykrztusiłam z siebie. Wzruszyła beztrosko ramionami, a jej uśmiech zdradzał zadowolenie moim stanem.
– Bo mogłam? Bo mi się nudziło? To był taki sympatyczny eksperyment! Przyznaję, nigdy nie sądziłam, że tak ładnie się to ułoży. Zabraliśmy twojego wujka z Ziemi, upozorowaliśmy jego śmierć, bo chciałam wiedzieć, ile wiedział. Nie miałam pojęcia, że tak dużo. Twoi rodzice praktycznie o wszystkim mu powiedzieli. Gdyby był z tobą, nigdy nie pozwoliłby ci przejść do Oz, a na to nie mogłam pozwolić. Byłaś mi potrzebna tutaj.
– Ale go nie zabiłaś. – Pozwoliłam sobie na jeszcze jedno spojrzenie na leżącą bez ruchu na podłodze postać; nigdy nie domyśliłabym się, że to mógł być ktoś, kogo kiedyś znałam. Z trudem udało mi się skupić na rozmowie z Clarissą. – Dlaczego?
– Mówiłam już. Bo mi się nudziło. Bo chciałam zobaczyć, czy będę w stanie zrobić z niego… coś innego. Twój wujek miał bardzo silny charakter, wiesz, Dorothy? Naprawdę ciężko było go ugiąć do mojej woli.
Tylko nie panikuj, przemknęło mi przez głowę, gdy moje serce przyspieszyło niebezpiecznie swój rytm. Boże. Zabiłam go. Zabiłam własnego wujka. Tego samego, który razem z ciocią przygarnął mnie, gdy moi rodzice zniknęli. Który okazał mi tyle serca i cierpliwości, gdy tego potrzebowałam. Zabiłam go.
Ale to Clarissa najpierw zrobiła z niego zwierzę, odarła z człowieczeństwa, zapewne świetnie się przy tym bawiąc. Zacisnęłam dłonie w pięści, próbując się uspokoić. I wmówić sobie, że nie miałam innego wyjścia. Co mogłam zrobić? I tak nie potrafiłabym mu pomóc.
– Dużo czasu minęło, zanim stał się tym, wiesz? – Clarissa tymczasem beztrosko kiwnęła głową w stronę nieruchomego ciała. – Ale też miałam go bardzo dużo. Kilkanaście lat, żeby moja magia wyciągnęła z niego człowieka. Interesujący efekt, nie sądzisz?
W jednej chwili przestało mi się chcieć płakać. To nie twoja wina, że on nie żyje, przemknęło mi znowu przez głowę. Do niedawna myślałam, że wujek zginął wiele lat temu i to naprawdę było lepsze. Nie tylko przez to, co zrobiłam, ale przez niego. Przez to, co musiał przechodzić podczas tych wszystkich lat.
Wujek, ciocia, która chciała mnie jedynie ratować. Mama, która starzała się w zastraszającym tempie. To wszystko nie było moją winą, jakkolwiek Clarissa próbowałaby mi to wmówić. To wszystko stało się przez nią. To przez nią obudziłam mamę, to przez nią musiałam się bronić przed własnym wujkiem, to przez nią ciocia oddała za mnie życie. Nie powinnam mieć wyrzutów sumienia. Nigdy nie miałam na to żadnego wpływu.
Ona miała. I podjęła wszystkie złe decyzje.
– Wiesz, co się stanie, kiedy już wydostanę się z tego miejsca? – zapytałam spokojnie, zupełnie ignorując jej wcześniejsze uwagi. – Znajdę cię i zabiję. Obiecuję, że to zrobię.
Clarissa z radości aż klasnęła w ręce. Ona jednak nie mogła być normalna.
– No, wreszcie zaczyna się robić ciekawie! – zawołała z entuzjazmem. – Wiesz, Dorothy, kiedy przyjdzie odpowiedni czas, wcale nie będę się przed tobą chować. Wręcz przeciwnie, chętnie wyjdę ci naprzeciw. Zobaczymy wtedy, czy naprawdę będziesz w stanie to zrobić. Na dzisiaj już mi wystarczy, znudziłam się.
– Więc o co chodziło? – W następnej chwili drzwi do pomieszczenia otwarły się, wpuszczając z korytarza odrobinę światła i Christiana. Spojrzał najpierw na mnie, potem na leżące bezwładnie na podłodze ciało, a wszystko to kompletnie beznamiętnie. Jeśli kiedykolwiek myślałam, że mogłabym dotrzeć do tego człowieka, w tamtej chwili pozbyłam się wszelkich wątpliwości. Nie mogłam. Do niego nic nie docierało. – O zmuszenie mnie do użycia magii? O zabicie własnego wujka? Chciałaś, żebym się załamała, popłakała i może zapragnęła własnej śmierci, czy jak?
W zimnych oczach Clarissy błysnęło rozbawienie, gdy pochyliła się w moją stronę na tyle, na ile pozwalało jej lustro.
– Nie, Dorothy. Zupełnie nie zrozumiałaś. Chciałam, żebyś jeszcze mocniej zaczęła mnie nienawidzić. Na tyle, żebyś rzeczywiście chciała mnie zabić. Żebyś spróbowała się ze mną zmierzyć i przegrała, tak, jak to miało być od początku. Nie chcesz mnie ukarać? Zmusić, żebym zapłaciła za całe to zło? Nie dopuścić do czegoś podobnego w przyszłości? Chodź i spróbuj mnie zabić. Myślę, że to będzie całkiem zabawne, patrzeć, jak próbujesz.
Machnęła ręką na Christiana i w następnej chwili znalazł się tuż przy mnie; chwycił mnie za przedramię i pociągnął, a ja znowu poczułam w klatce piersiowej ten gorący ucisk, kumulujący się z każdym gwałtownym uderzeniem serca. Tym razem jednak Christian nawet się nie zachwiał, gdy wypuściłam z siebie całą tę energię, próbując powtórzyć efekt z mojej poprzedniej walki. Christian tylko uśmiechnął się z pobłażaniem.
– Naprawdę myślałaś, że skoro ta sala nie jest antymagiczna, to Clarissa nie da nam żadnej ochrony? – Postukał się w klatkę piersiową i dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że chodziło mu o brązowy kaftan, który miał na sobie. – Zaskoczę cię, mamy. Te mundury są jednymi z pierwszych, to te same, w których armia Clarissy znalazła się pod Emerald City i otoczyła twoich rodziców. Twojej matce nie udało się ich złamać, więc na pewno tym bardziej nie uda się tobie.
Chwycił mnie za ramię i pociągnął, a ja nie miałam siły się opierać. Clarissa wrzasnęła coś jeszcze, że niedługo znowu porozmawiamy – prędzej piekło zamarznie, pomyślałam mściwie na jej słowa – a potem Christian poprowadził mnie z powrotem korytarzem do mojej celi. Zostawiając za nami ciało mojego wujka, które dla reszty obecnych w domu było niczym. Absolutnie niczym.
Ale dla mnie to już nie był człekozwierz, nawet jeśli nie pamiętałam zbyt dokładnie jego twarzy i ciągle miałam tylko przed oczami te żółte ślepia. To był mój wujek, którego Clarissa więziła przez lata, by następnie go na mnie poszczuć. Na samą myśl o tym robiło mi się niedobrze. Nawet jeśli czułam się z tym okropnie, śmierć nadal była jedynym rozwiązaniem, które mogłam mu dać. Lata więzienia przez Clarissę i usuwania człowieczeństwa były dużo, dużo gorsze, tego byłam pewna.
Znowu miałam wrażenie, że serce pęknie mi na kilka kawałków, gdy w końcu opadłam na znajomą podłogę w mojej celi i wspomniałam ostatnią walkę. Plecy nadal mnie bolały, a z ugryzionego przedramienia powoli sączyła się krew, ale nie potrafiłam w tamtej chwili się na tym skupić. Nawet jeśli noga bolała mnie jak sukinsyn.
Potrafiłam myśleć tylko o tych żółtych ślepiach i ostrych zębach. Powtarzać w kółko ten sam obraz, katować się nim, aż nie znienawidzę Clarissy wystarczająco mocno.
Na pewno chciała uzyskać taki właśnie efekt. Musiała wiedzieć, że w końcu będę miała dość i że dojdę do jedynego słusznego wniosku. Musiałam ją zabić.
Co więcej, chciałam ją zabić.
Odkąd zorientowałam się, że Clarissa w jakiś sposób magicznie uwarunkowała mojego wujka, żeby praktycznie pozbawić go człowieczeństwa, palił się we mnie ten ogień, którego nie potrafiłam ani nie chciałam ugasić. Wcześniej byłam już wściekła, oczywiście, w końcu to przez nią zginęła moja ciocia, Noah, załoga Tornado i Notosa. Mnóstwo ludzi, którzy nie powinni byli zginąć. Wiedziałam, że należało ją powstrzymać. Mimo wszystko czułam się jednak inaczej niż przed tą ostatnią z nią rozmową. Nie widziałam już zabicia jej jako konieczności, nieprzyjemnego obowiązku, który ktoś musiał wypełnić. Naprawdę chciałam to zrobić. Chciałam, żeby zginęła przeze mnie.
I podejrzewałam, że po wszystkim nie będę miała absolutnie żadnych wyrzutów sumienia.
Nie mogłam usiedzieć w miejscu, z trudem więc zwlekłam się z podłogi, żeby ponownie obejść moją celę i szukać w niej słabych punktów. Noga bolała mnie coraz bardziej i po chwili przystanęłam, oparłam się ciężko o ścianę i wyciągnęłam ją przed siebie, żeby obejrzeć uszkodzenia. Szkoda, że od tego z kolei rozbolały mnie plecy. A ani Clarissa, ani Christian nie zdecydowali się nic z tym zrobić. Może jednak planowali doprowadzić do mojej śmierci, na przykład w wyniku zakażenia?
Masz magię, przypomniałam sobie nagle. Potrafisz się uleczyć, Dorothy. Już to przecież robiłaś.
Zrobiłam, owszem, tyle że nie miałam pojęcia, jak. Zamknęłam oczy i uspokoiłam oddech, próbując się na tym skupić. Na moich obrażeniach, stanowczo odsuwając od siebie ból i widok rozmazanej na skórze krwi. Po chwili otworzyłam je z powrotem z irytacją, po czym ponownie wpatrzyłam się w uszkodzoną rękę, na szczęście nie jakoś poważnie, ale jednak z nieprzyjemnie rozszarpaną skórą. Bolało jak sukinsyn. A moja magia najwyraźniej miała to gdzieś.
Naprawdę byłoby łatwiej, gdybym umiała z niej korzystać. Czy mama nie mogła dać mi jakiegoś poradnika, jak zmusić do działania te moje idiotyczne umiejętności, skoro już mimo mojej woli je miałam?
Pomieszczenie jest antymagiczne, przypomniałam sobie dopiero po chwili, niemalże uderzając się na tę nagłą iluminację w czoło. Clarissa podejrzewała przecież, że mogłabym użyć magii. Więc nawet gdybym wiedziała, jak się wyleczyć, to i tak nie przyniosłoby żadnych rezultatów. Musiałam polegać na standardowych umiejętnościach i własnym intelekcie, którego w tamtej chwili kompletnie nie miałam.
Odruchowo spróbowałam drzwi, ale Christian zamknął je dobrze, poza tym nadal blokował mnie brak klamki. Ból, zmęczenie i roztrzęsienie nerwowe sprawiły, że nie bardzo byłam w stanie myśleć o czymkolwiek, zwłaszcza o wymyśleniu jakiegoś sposobu ucieczki. A musiałam przecież uciec. Uciec Clarissie, która najwyraźniej dobrze się bawiła, mając we mnie pieprzonego królika doświadczalnego. Znaleźć Jacka, który pewnie był w jeszcze większych opałach ode mnie. Zrób coś, poleciłam sobie znowu w myślach. Nie jesteś żadną sierotą ani damą w opresji, znasz sztuki walki, wiesz, jak się obronić i jak atakować, możesz to zrobić. Nawet mimo wycieńczenia, ran i faktu, że przed chwilą zabiłaś własnego wujka. Możesz to zrobić.
Mantra jednak na niewiele się zdała, bo mimo uważnego analizowania sytuacji, nie bardzo byłam w stanie znaleźć z niej jakieś racjonalne wyjście.
W końcu z powrotem usiadłam na podłodze, naprzeciwko drzwi, wyciągnęłam przed siebie rękę i patrzyłam, jak krew skapywała z niej na podłogę. Powoli, dużo na szczęście jej nie było i raczej utrata przytomności z tego powodu mi nie groziła. W jakiś sposób to i pulsujący ciągle ból rozdrażniały mnie jeszcze bardziej. To właśnie robiła Clarissa. Mieszała mi w głowie, nastawiała bliskich przeciwko mnie. Gdy zamknęłam oczy, pod powiekami wciąż przewijała mi się scena, w której ciało mojego wujka z trzaskiem obijało się o ścianę.
To nie był twój wujek, podpowiedział znowu jakiś głos w mojej głowie. Twój wujek zginął dawno temu w pożarze. To… to już nim nie było.
Dziwiłam się, jakim cudem potrafiłam zachować się po tym tak spokojnie, myśleć w miarę racjonalnie i nie wpaść w totalny rozstrój nerwowy. Wiedziałam, że tego właśnie chciała Clarissa. Że dlatego to zrobiła, dlatego go na mnie napuściła. Ale chociaż oprócz jak najbardziej fizycznego bólu, bolało mnie również serce, jakbym to je obiła o tamtą ścianę, nie wpadałam w panikę. Nie zalewałam się łzami. Nie zostałam przytłoczona przez wyrzuty sumienia, chociaż w pełni zdawałam sobie sprawę z tego, co zrobiłam.
Może dlatego, że dla niego nie było już lepszego wyjścia. Może dlatego, że zdawałam sobie sprawę, że to była wina czarownicy, nie moja. Bolące serce wynikało głównie ze świadomości, przez ile lat wujek, uważany przez nas z ciocią za nieżyjącego, znajdował się w tej potwornej sytuacji, w rękach Clarissy. Nawet przez cały ten czas, który spędziłam w Oz, nie miałam o tym pojęcia. Pozwoliłam mu cierpieć przez te wszystkie lata, bo po prostu nie wiedziałam.
Bawiłam się, śmiałam, korzystałam z życia, podczas gdy on musiał przeżywać horror. To najbardziej bolało, nie sam fakt, że go zabiłam.
W końcu, gdy zmęczyło mnie już oglądanie własnej krwi i dość miałam użalania się, sięgnęłam do rękawów, urwałam dwa spore kawałki materiału, po czym prowizorycznie zawiązałam nimi szarpaną ranę przedramienia i kłutą na nodze. Bolało jeszcze bardziej, ale przynajmniej krew przestała się sączyć i może jednak nie groziło mi zakażenie. Może.
Kiedy w końcu drzwi mojej celi ponownie się otworzyły, ręka zdążyła mi całkiem zdrętwieć. Przestałam też opierać się o ścianę plecami, bo je również miałam obolałe; psychicznie byłam wyczerpana, ale nie miałam najmniejszego zamiaru zasypiać. Pocieszałam się jednak myślą, że nie tak dawno krztusiłam się własną krwią, mając świadomość połamanych wszystkich kości w moim ciele, więc w porównaniu z tamtą sytuacją to i tak było nic. A musiałam być przecież czujna, choćby po to, by przygotować się na kolejną wizytę Christiana.
Tym razem, o dziwo, pojawił się z tacą. Zwykłą, prostą, drewnianą, na której leżał kawałek ciemnego chleba i dzbanek z wodą. Nie spuszczając ze mnie wzroku, Christian postawił tacę na podłodze i wyprostował się, cofając równocześnie o krok do drzwi. Chyba jednak po wypadkach w Emerald City mimo wszystko nabrał odrobiny ostrożności.
– Twoja kolacja – prychnął z pogardą. – Nie próbuj niczego głupiego, Dorothy. I tak nie uda ci się stąd uciec.
Jeszcze zobaczymy, pomyślałam mściwie, ale nic mu nie odpowiedziałam, tylko odprowadziłam go wzrokiem do drzwi. Gdy już ponownie je za sobą zamknął, czym prędzej podpełzłam do tacy.
Po ostatnim posiłku nie byłam głodna, a z nerwów nie byłabym w stanie niczego przełknąć. Za to rzuciłam się na wodę, której połowę wypiłam duszkiem; była chłodna i nieco stęchła, ale dało się ją przełknąć. I o dziwo mój żołądek przyjął ją całkiem nieźle. Nie zamierzałam jednak zostawiać reszty, której nie byłam w stanie wypić, na później; wylałam ją na podłogę, po czym uważnie obejrzałam sobie dzbanek.
Christian mógł sobie mówić, żebym nie robiła niczego głupiego, ale ja wiedziałam swoje. Nie mogłam czekać w tej celi na ratunek, który mógł nigdy nie nadejść – bo niby kto tym razem miałby mnie ratować? Nick i Octavia we dwójkę? Miałam raczej nadzieję, że uciekli wystarczająco daleko. Jack? Sam miał pewnie jeszcze większe kłopoty ode mnie. Nie, musiałam polegać na sobie i korzystać z tego, co miałam pod ręką.
Zamachnęłam się i uderzyłam dzbankiem o podłogę, starając się nie narobić więcej hałasu, niż to było absolutnie konieczne. Rozbił się na kilka skorup, z których wybrałam sobie dwie największe. Przymierzając je do ręki, wstałam chwiejnie na nogi i pokuśtykałam w stronę drzwi. Może nie był to najbardziej wymyślny oręż, ale musiał wystarczyć. Jedna ze skorup miała całkiem ostrą końcówkę, którą od biedy mogłam wykorzystać jako broń kłującą. Przy odrobinie wyobraźni i kreatywności, a tego w tamtej chwili mi nie brakowało.
Musiałam sobie ustawić priorytety. Najpierw wydostanie się z celi. Potem znalezienie Jacka. A dopiero potem cała reszta. Grunt to stawiać sobie cele możliwe do zrealizowania, nawet z uszkodzoną nogą, przedramieniem i plecami.
Byłam pewna, że mimo to mogłam wygrać z Christianem, mając za sojusznika element zaskoczenia.
Oparłam się ciężko o ścianę obok drzwi, ze zdziwieniem konstatując, że słyszałam z zewnątrz jakieś podejrzane dźwięki. Jakby ktoś krzyczał. Jakby tupot wielu nóg. Były przytłumione i dochodziły z pewnej odległości, ale słuch na pewno mnie nie mylił. Od razu podniosło mnie to na duchu. Czy to mogło oznaczać, że ktoś przyszedł mi z pomocą?
Ale kto? Nick i Octavia, których było tylko dwoje? Moja mama, która nie miała pojęcia, gdzie się znajdowałam? Kto jeszcze mógłby mi pomagać?
Drzwi mojej celi otworzyły się nagle, nie usłyszałam nawet przybliżających się kroków. Christian, który stanął w progu, tym razem nie był już taki spokojny i wesoły, chociaż na takiego z pewnością chciał wyglądać. Kiedy wyciągnął do mnie rękę, odruchowo cofnęłam się o krok.
– Idziemy, Dorothy – zarządził stanowczym tonem. – Musimy jak najszybciej się stąd wydostać.
– Co się dzieje? – zapytałam. – Nie wmówisz mi, że robisz cokolwiek dla mojego dobra. Ktoś zaatakował to miejsce, prawda?
– To nie są ani moi ludzie, ani twoi – prychnął w odpowiedzi, podchodząc do mnie ostrożnie. Dłoń, w której trzymałam skorupę, schowałam przezornie za plecy. – Nie wiemy, jakie mamy zamiary, a rozkazy Clarissy są jasne. Mam cię utrzymać przy życiu.
– Świetnie ci to szło, kiedy nasłałeś na mnie…
– Och, proszę cię, Clarissa doskonale wiedziała, że i tak go zabijesz – przerwał mi, za co byłam mu trochę wdzięczna, bo nie miałam pojęcia, jakich słów użyć dalej. I wcale nie chciałam o tym myśleć, im dłużej wypierałam to z umysłu, tym lepiej dla mnie. – Nigdy nic ci nie groziło. A teraz chodźmy już, póki armia jeszcze tu nie dotarła.
Armia? Na kryjówkę Clarissy napadła armia?! Szczęka mi opadła i na chwilę straciłam czujność, co wykorzystał Christian, chwytając mnie za rękę i do siebie przyciągając. Zareagowałam odruchowo – wyciągnęłam przed siebie dłoń ze skorupą, przykładając mu jej ostrą krawędź prosto do szyi. Christian zamarł, zezując w dół.
– Rzuć na ziemię broń – poleciłam mu stanowczo, spokojnie, chociaż serce waliło mi jak oszalałe. Nie miałam czasu. Christian w jednym miał rację, nie wiedziałam, kto napadł na kryjówkę czarownicy. To równie dobrze mógł być ktoś ze złymi zamiarami. – Słyszałeś, Christian? Zabiłam dzisiaj już jedną osobę, druga naprawdę nie sprawi mi różnicy! Jeśli nie ty, znajdę kogoś innego, kto zaprowadzi mnie do Jacka. Rzuć tę cholerną broń!
Usłyszałam szczęk metalu upadającego na podłogę i kątem oka dostrzegłam, że Christian rzucił swój miecz. Nie miałam pojęcia, czy to na pewno było wszystko, czy nie miał gdzieś jeszcze ukrytego jakiegoś sztyletu, ale musiałam zaryzykować. Nie miałam czasu na przekomarzanie się z nim.
– Idziemy! – Popchnęłam go w stronę drzwi, decydując się iść za nim. Mniejsze prawdopodobieństwo, że zaatakowałby mnie gdzieś po drodze. – Zaprowadź mnie do Jacka. Natychmiast.
Christian rzucił mi przez ramię złośliwy uśmiech i już wiedziałam, że coś było nie tak. Nie miałam jednak czasu się nad tym zastanawiać; chciałam tyko znaleźć Jacka i wydostać się z tego miejsca. Tylko tyle.
– Już się robi, kochanie. Jack na pewno ucieszy się na twój widok.
Och, miałam naprawdę złe przeczucia.

__________________________________

Miśki!
Tak, wiem, nie było mnie tu rok.
Wybaczcie.
Ten rozdział nie oznacza, że wracam na blogspot. Wręcz przeciwnie. Szablon, który tu widzicie, jest moim łabędzim śpiewem, stwierdziłam przy nim, że odumiałam się robić szablony na blogspota, grafikę takoż i więcej nie będę. Po prostu nie.
Generalnie urzęduję teraz na wattpadzie i tam zapraszam. Rozdział na bloga dodałam, bo a nuż ktoś jeszcze na niego czeka (taa, jasne) i niekoniecznie chce się przeprowadzać na wattpad. Tam jednak ogólnie się prowadzam, tu - tylko wrzucam rozdziały.
Mam nadzieję, że będą kolejne. 69 już się pisze.
Buziaki!
Layout by Elle.

Google Chrome, 1366x768. Breatherain, Pinterest.